Czyżby „grabarze” polskich nadziei…?

Posted on środa, Listopad 4th, 2015 o 12:37 w

W historii współczesnej Polski polskie protesty układają się w pewien logiczny ciąg: 1956, 1968/1970, 1980, 1989. Z pewną regularnością społeczeństwo polskie budziło się z letargu werbalizując swoje postulaty. Każda kolejna władza starała się te procesy kanalizować „cywilizując” je w wyznaczonych przez siebie granicach. I o ile w latach PRL te granice „kształtowane” były na pograniczu interesów PZPR i SB/WSW, to w III RP (a tak naprawdę PRLu-Bis) – stara się kształtować te granice drogą „ucierania” interesów politycznych nowych elit i ich „zaplecza”.

„Kwiecień” 2010 roku uświadomił Polakom z jak wielką „ściemą” mieli do czynienia w latach „odzyskanej wolności”. I pod wpływem wydarzeń mu towarzyszących Naród powrócił na ścieżkę cyklicznych buntów.

Oczywistym jest, że te nowe czasy wykluczały dotychczasowy sposób zarówno działań społecznych, jak i reakcji władz. Jadnak nadal próbowano udoskonalać znane z historii „ćwiczenia warsztatowe” (vide coroczne „kryteria uliczne” pod nazwą Marsz Niepodległości), w której każda ze „stron” starała się mimo woli jak najlepiej wywiązać się z wyznaczonych im „ról” w tych przedstawieniach.

„Władza” ulokowana w sejmowych rękach, zarówno opozycji jako i rządzących („ułożonej” wg umowy z Magdalenki), skupiła się przede wszystkim na kanalizowaniu nastrojów niezadowolenia i kierowaniu ich w obszary dla niej wygodne bądź mniej niebezpieczne. W każdym przypadku zawsze poszukiwała „wehikułu”, którym można byłoby to przekierowanie zrealizować. Jednak – co ważne – czasami właściciele tych „pojazdów” nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, że są „wkręcani” w pewien szczególny, uprzednio zaprojektowany scenariusz.

Wracając do wszystkiego tego, co wydarzyło po 10 kwietnia 2010 roku można stwierdzić, że to Prawo i Sprawiedliwość spełniło znakomicie rolę „wehikułu”, początkowo zawłaszczając olbrzymi potencjał nadziei, by w końcu skanalizować go w postaci mało nośnego społecznie Ruchu imienia oraz sformatować w postaci miesięcznic, z których poza rozdrapywaniem ran niewiele wynikało.

„Demiurg” demokratycznego kalendarza spowodował, że kończący się właśnie „festiwal” wyborczy, zaowocował antysystemowym ruchem społecznym zogniskowanym w wyborach prezydenckich w kilku inicjatywach wyborczych.

SYSTEM broniąc się, postanowił „wehikułem” uczynić ruch społeczny firmowany nazwiskiem znanego muzyka. I to wbrew temu, że ponad 20%-towy poziom poparcia w wyborach i jedyny sondaż powyżej 30% wskazywał, że być może Naród właśnie odnalazł zagubioną Solidarność, tym razem w wersji 2.0. To kolejna operacja, w której PRAWDA wykorzystywana jest w interesie kłamstwa.

W tym miejscu należy przypomnieć, że w połowie sierpnia 1980 roku stoczniowy omamieni wizją zwycięstwa prezentowaną przez Wałęsę postanowili wrócić do pracy. I gdyby nie Anna Walentynowicz, Alina Pieńkowska, a przede wszystkim Andrzej Kołodziej, to zapewne żadnej Solidarności 1.0 nie byłoby, zaś „Bolek” nadal uchodziłyby za „skutecznego” bohatera walki o lepsze jutro.

Dzisiaj Naród „kupił” przekaz, że wystarczy jedynie „ułożyć właściwie” listy KUKIZ`15 oraz zawierzyć Liderowi w kwestii obsady nieszczęsnych „jedynek”, a zwycięstwo samo przyjdzie. A tu jednak „kicha”! Wynik wyborczy wystarczył jedynie do wprowadzenia „oczywistych oczywistości” wynikających z chorej ordynacji. Ruch, który na sztandarze miał JOWowską równość kandydatów, zgodnie z tezą Orwella, niektórych „wyrównał” mechanizmem ponad poziom. Obecnie jesteśmy na etapie „cywilizowania” Ruchu w ramach SYSTEMU, tj. na etapie tworzenia grup „folkloru” politycznego. Deklaracjom o jedności przyszłego klubu sejmowego towarzyszy zmasowana operacja medialna doszukiwania się różnic między drużyną PK, bądź sztucznego kreowania podziałów. Zapewne w planach kampanii medialnych jest polski „JOBBIK” (Winnicki & Co) jako konkurent polskiego „FIDESZ” (Prawo i Sprawiedliwość). W kręgach kierowniczych Ruchu pojawili się „dobrzy wujkowie”, którzy proponują skanalizowanie oddolnego ruchu społecznego w odgórnie sterowany ruch obywatelski, zinstytucjonalizowany w postaci Stowarzyszenia rejestrowego. Tylko kwestią czasu pozostaje późniejsze jego przejęcie na rzecz SYSTEMu metodą „pompowania” kół członkowskich (vide UW na Dolnym Śląsku z GS w roli głównej)…

Anty systemowy „naród” jakoś zbyt szybko „łyknął” niedotrzymywanie słownych deklaracji o zamiarze stworzenia jednolitego frontu anty systemowych kandydatów i pójścia do wyborów parlamentarnych pod jednym sztandarem, zbyt szybko pogodził się z tym, że niektórych z potencjalnych kandydatów na współliderów „wycięto” w przedbiegach (Braun, Ogórek, Kowalski), itp. itd.

Po wyborach degrengolada opanowała całą „klasę polityczną”. Przegrani gryzą się o ochłapy równie żenująco jak wygrani, którzy marzą jedynie o dorwaniu się się „koryta”. Akolici przyszłej „wadzy” twierdzą, że „wystarczy jedynie wymienić ludzi, bo reszta jest OK” – i to wydaje się być praktyką nowej Zmiany. W dolnośląskiej praktyce politycznej, w przypadku obsady urzędu wojewody dolnośląskiego wedle doniesień prasowych jest tak, że partyjne „koleżanki” i partyjni „koledzy” lansują „swoich” politycznych totumfackich. Biada kompetentnym, ale bez takiego „zaplecza” politycznego. Nie lepiej jest na najwyższych poziomach władzy: tam rząd „autorski” toczy boje z rządem „Prawa i Sprawiedliwości”. Za czasów przegranej PO mówiło i i pisało coś o „spółdzielniach”…

Zasadnym więc wydaje się pytanie o to, kto dzisiaj objawi się jako współczesna „Walentynowicz & Co” z połowy sierpnia 1980 roku?

Pretendent jest jeden: to Kornel Morawiecki. I chwilowo solidarność jest jedna… to Solidarność Walcząca! Czy odważą się podobnie do lat stanu wojennego powalczyć, to okaże się niebawem… Przypominam, że wówczas lokalne oddolne fraktale tworzyły się samorzutnie w różnych częściach Polski. Jak pisze Józef Darski (tj. Jerzy Targalski) „Specyfika działalności podziemnej z góry narzucała konieczność wyboru modelu. Organizacja musiała składać się z części na tyle autonomicznych, aby wpadka jakiejś grupy, oddziału czy drukarni nie pociągała za sobą rozbicia większej części oraz, by zmniejszała prawdopodobieństwo spenetrowania całości przez SB z chwilą wejścia agenta do jednego z działów SW. Musiała jednak być też tak skonsolidowana, żeby w istotnych zarysach prowadziła jednolitą działalność i żeby dawała gwarancję generalnego podporządkowania kierownictwu poszczególnych działów… istniało ciało rządzące, kierujące polityką organizacji. Była to Rada Porozumienia Solidarność Walcząca”.

Jak widać niewiele trzeba wymyślać, wystarczy jedynie zaadaptować do rzeczywistości.

Pytanie czy Kornelowi wystarczy determinacji, a jego otoczeniu rozwagi i konsekwencji?

Oto jest pytanie!

Skomentuj

Dodaj komentarz

Top